poniedziałek, 18 stycznia 2010

Piractwo to buractwo

Jesteśmy firmą o zasięgu globalnym. Są pewne produkty, które najpierw musimy sprawdzić, zanim trafią do wszystkich krajów. Zaczynamy w kilku krajach, ale kiedy formuła danego produktu się sprawdzi, wtedy działamy globalnie. Xbox Live będzie w Polsce. Nie wiem kiedy to ogłosimy, pewnie gdy będzie gotowy, ale kochamy ten rynek, jesteście świetnym rynkiem gier wideo i Xbox Live to fundamentalna sprawa.*
Steve Ballmer- prezes firmy Microsoft- podczas wizyty w Polsce, kwiecień 2009.


Przez kilka dni wisiał sobie tutaj obok bannerek akcji Microsoftu "Nie przerabiam. Nie kradnę!", ale już nie wisi. MS fatalnie rozłożył akcenty tej dość topornie, jak się okazało, skrojonej akcji, przenosząc środek ciężkości dyskusji na brak polskiego Live!, który to( brak) ma być spowodowany "między innymi" przez problem piractwa na XO w PL( ten problem istnieje w każdym absolutnie kraju z dostępem do Live!). Każdy posiadacz X360 w Bolandzie doskonale zdaje sobie sprawę z kwadratury koła, która się wytworzyła przez brak tej usługi. Usługi tak bardzo zintegrowanej z samą konsolą, że wręcz czyniącą z tego zacnego kawałka elektroniki w Polsce "sprzętowego inwalidę".

Nie ma innej opcji rozwiązania tego węzła, niż udostępnienie Live! w Polsce na takich samych zasadach, jak w krajach UE, które Live! mają. MS musi sobie zdawać z tego sprawę, że to i tak się stanie, choćby prikazem którejś z komisji, działającej w parlamencie UE( prawdopodobnie tej, która zajmuje się dzieleniem rynku UE na "lepszych" i "gorszych" przez Apple i jego iTunes).**

Akcja MS spotkała się, rzecz jasna, z kontrakcją, która choć przygotowana oddolnie ma dla polskiego gracza o wiele więcej sensu, niż oskarżycielski ton inicjatywy polskiego oddziału MS. Od tego "między innymi" są internety, aby pokazywać palcem, gdzie ktoś puścił bąka. Sytuacja zrobiła się też na tyle poważna, że już chyba czas przestać puszczać oczko do polskiego klienta, sprzedając mu niepełny produkt za pełną cenę, licząc na to, że jakoś sobie, skubany, poradzi. Jak zwykle. Wóz albo przewóz, panowie z MS.

To jest oczywiste, że nie popieram piractwa. Piractwo to buractwo. Skończyłem z tym od razu, kiedy zarobiłem pierwszy pieniądz, który pozwolił mi na rozrywki bez supportu ze strony rodzinki, jakieś 12 lat temu( a groszem nie śmierdziałem i tak jest do dziś, pamiętajcie- komiks w Polsce to hobby, nic więcej). Płacę za gry tak samo, jak płacę za bilet do kina, za książkę/ komiks w księgarni, za płytę DVD z filmem. Płacę za zagospodarowanie mojego wolnego czasu, czynność za którą ludzie innym, odpowiednim ludziom płacą od zawsze.

*Za Polygamia
**No, dobra. Naiwne to, ale czemu nie? Jako konsument, mieszkający w UE powinienem( i mam) mieć wyjebane na to, czy przebywam w PL czy w DE i posiadać dostęp do tego samego towaru z każdego kraju Unii. Ponoć gwarantują mi to jakieś papierki.

czwartek, 7 stycznia 2010

2009- rok bez pudełka- suplement

Suplement graficzny. Jak słusznie zauważyła SStefania w komciach pod poprzednią notką, pominąłem w tymże tekście rynek e- dystrybucji na PC, czyli np. Steam czy GOG.com. Z prostej przyczyny- nie korzystam, bo konsolowa ze mnie dziwka. Ale kiedy ten drugi z serwisów startował i poproszono mnie, abym pocisnął dla nich komiksowe materiały natury promo, to pocisnąłem. Ba!

Pocisnąłem czterostronicową ulotkę(tutaj tylko okładka).
Oraz pocztówkę.

Nie licząc pierwszego Half Life zakupionego na Steamie bardzo dawno temu, w którego nie potrafiłem grać na myszce i klawiaturze, to był mój jedyny kontakt z cyfrową dystrybucją na PC.

środa, 6 stycznia 2010

2009 - rok bez pudełka


W roku 2009 do mojego różowego woreczka przyjemności wpadło siedem pudełek z grami. Cztery pudełka z grami na PSP, dwa pudełka na X360 oraz jedno pudełko na DS, z czego cztery pudełka wpadły do woreczka w ramach prezentów... >mr. herring is using his mathematicus skill< ... co daje z kolei wynik trzech gier w pudełkach, które zakupiłem( brak pudełka z grą na PS3 to wynik zamułki z Killzone 3). Kryzysik, kurwa.

Jednak grało się. Fanem gier bez pudełek zostałem ponad cztery lata temu, wraz ze ściągnięciem wszystkiego, co było do ściągnięcia podczas pierwszych dni istnienia Live! na X360, zaraz po premierze systemu. Potem pierwszy zakup, czyli Geometry Wars. Zapłacone, zassane, grane- jakie to proste. A gierki, choć malutkie, to jakby czystsze gatunkowo- rasowy shooter pozostał rasowym shooterem- dzięki czemu w oprawie takiej, że obraz żyleta i dźwięk kryształ, wracałem i wracam łbem do lat szczenięcych. Remake Alien Breed, napisany przez samo Team 17 tego najlepszym dowodem. Swoją drogą, Alien Breed sprawdza się, jako party game na bibce, gdzie piją tacy bardziej zagraceni.


Do czasów gówniarskich dostałem potężnego kopa, grając w Shadow Complex. Przed oczyma stanął mi Flashback, którego fundamentami były tzw. mapka, strzelanie i zręczność. Na tym też zasadza się koncept Shadow Complex. Choć produkcja Epic/ chair , zgodnie z najnowszymi trendami, kładzie większy nacisk na sferę strzelankową. Bo rozpierduchę w tej grze robi się ładną, szczególnie, jak już się biega mofosem, co znalazł każdy element, podpimpowujący mu postać do mofosa właśnie.

Niespodzianką roku dla mnie było odkrycie gatunku tower defense. Tak, jako typ nie kalający mózgu tzw. casualami kompletnie przegapiłem powstanie całego gatunku gier! Nadgoniłem sprawę, tym szybciej, że troszkę zawodowo teraz w tym siedzę. Q Games zrobiło dobrego obrońcę wież na PS3 i PSP, kolejną szpilkę z serii PixelJunk, czyli Monsters. Uf! Na długie tygodnie mnie ta sprawa przygniotła, moją konkubinę zresztą też, ją może nawet bardziej. Wymaksować punktację na każdej mapce- ciężko. Nie stracić ani jednej z bronionych istotek i zdobyć tęczę- ciężko. Dużo frustrować ta gra, ale to dobra gra.


Monsters kupiłem w wersji na PSP, korzystając z dostępu do Playstation Store z poziomu PC i zainstalowanego na nim programu Media Go, próbie ogarnięcia przez Sony tematu iTunes. Programik w miarę wygodnie pozwala pobuszować po sklepiku z grami dla PSP a ostatnio z powodu premiery PSP Go przeszedł odświeżenie strony graficznej oraz, co ważniejsze, zyskał na ilości stuffu, który możemy zakupić i pobrać. PSP Go... Jestem fanem przenośnej konsolki Sony i korzystam z cyfrowej dystrybucji na potęgę ale premiera pozbawionej UMD PSP jakoś mnie nie spacała. Bo cena urządzenia jest niepacająca. Na długo jeszcze zostanę razem z moją wysłużoną "japonką" PSP- 1000 i jej kartą 8 GB. To wystarczające kombo, aby cieszyć się e- dystrybucją na konsolce Sony.

Final Fantasy VII oraz Breath of Fire 3, dwa klasyki japońskiego RPG do kupienia bez pudełka. Zagrałem w oba, każdemu poświęciłem ponad 60 godzin swojego życia, obu nie skończyłem, oba są odpowiedzialne za to, że już nigdy nie zagram w japońskie RPG. Chyba, że twórcy tychże skrócą czas gry do max. 20 godzin, wprowadzą walki w czasie rzeczywistym i zrezygnują z losowego generowania pojedynków. Hej, czy oni już tego nie zrobili i nie nazwali Final Fantasy XIII? Poczekam na cyfrową wersję tejże na np. PSP3 w 2015.


Flower
(PS3), Tetris(PSP), Hero of Sparta(PSP- crap straszny z iPhone'a, nie brać!), The Maw(X360), Super Stardust Portable(PSP), Flow(PSP), Battlefiled 1943( X360), szczególnie ten ostatni tytuł, to kolejne gry bez pudełek, które pomogły mi przetrwać 2009 rok. A jako, że widzę trend, aby sprzedawać już nawet nowości pudełkowe bez pudełek( szczególnie na PSP), więc rączki zacieram i nawet aż tak bardzo nie czekam na spadek cen takich wydań. W końcu plastikowe pudełko w produkcji to też dla wydawcy jakieś śmieszne grosze... Żartuję. Te gry powinny być tańsze!

wtorek, 5 stycznia 2010

Poradnik

Sprowokowany przez Gonza w komentarzu pod poprzednią notką, zamieszczam przygotowany specjalnie dla Przemka Poradnik do WipEouta.


I tylko przypomnę, że kiedyś bawiłem się w trybie foto WipEouta HD, bo mam słabość do trybów foto w grach.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Różnica

Tekst ukazał się w magazynie Play Ekstra 1/2009.

Początek lat 90- tych. Chłopiec, któremu do dowodu( furtki do monopolowego) brakuje jeszcze około pięciu lat przemyka się uliczkami w okolicach bydgoskiego "londynku", miejsca, gdzie ludzie giną, jak statki w trójkącie bermudzkim. A przynajmniej tak głosi miejska legenda. Mija skwer, na którym umiejscowiony jest sklep komputerowy, a tak naprawdę wielkie centrum kopiowania, gdzie codziennie( prócz niedziel, w sobotę do godz. 14) setki innych chłopców kopiują gigabajty gier, programów i dem. Chłopiec ma inny cel, umiejscowiony w samym centrum zakazanej dzielnicy. To księgarnia naukowo- techniczna. Jednak chłopca nie interesują spasłe tomy pełne teorii, dowodów, wzorów. Wbiegając do świątyni wiedzy, kieruje się w kącik zarezerwowany dla pism o grach. Kącik, chłopiec jest tego pewien, pogardzany przez starszego pana, sprawującego pieczę nad zbiorowiskiem książek, które nigdzie się nie wybierają. To tam, co miesiąc leży świeży nowy numer Amiga Action, legendarnego pisma o grach, prostu z Wielkiej Brytanii. Jeden egzemplarz na cały świat chłopca. Bywało, że wykupiony, zanim przedarł się przez tunele zniszczonych kamienic i łypiących z bram krwawych gał.

Chłopiec nie zawsze był w stanie uzbierać niemałą w końcu, okrągłą sumkę, którą z drżeniem rąk przeliczał raz po raz pod kuratelą, z pobłażaniem patrzących, oczu właściciela księgarni. Każde święto, narodowe czy prywatne, było okazją do uciułania paru "tysiaczków". Żebrał, przymilał się, wymieniał co miał, na to czego nie miał a mieć chciał ktoś. Interesy, biznesy. Na podwórku, w klatce, w szkole. Tu znaczki, monety, tam komiksy, kasety. A potem niepewność, czy pismo już leży, a jak leży, to czy ktoś, przypadkiem, oczywiście złośliwie, nie wszedł z ulicy, nie zobaczył tej lśniącej okładki, portfela nie wyjął, zapłacił i odszedł ze skarbem, który należał się chłopcu. Bo i tak bywało. Ale najczęściej quest był udany. Wtedy, z ukrytym za pazuchą, niemiłosiernie ciążącym ku chodnikowi czystym złotem, chłopiec musiał przemknąć na powrót przez złowrogie tunele. Nie oglądając się za siebie, szybko, nie dając po sobie poznać hienom ze zrujnowanych podwórek, że ma, że posiada, że wygrał.


Pół godziny strachu i dom. W domu pokoik. W pokoiku Amiga. W Amidze 1 megabajt RAMu. Obok Amigi szare, smutnie puste pudełko dyskietek "no name". W nim kilka z nich, podpisanych byle jak, nieistotnych dla chłopca, choć wypełnionych smakowitymi kąskami. Za to obok! Obok stosik koloru i lakieru. Równiutko ułożone, ostatnie numery AA dumnie prężą grzbiety a wtórują im nie mniej dumne dyskietki z magazynu. Wypełnione najświeższymi demami największych wtedy produkcji i freeware' owym softem, które bawiło nie mniej. Na każdej równiutko, solidnie naklejona etykietka z logiem pisma. Tak. Między szarym pudełkiem a stosikiem koloru zionęła przepaść, jak w tej otwartej studzience kanalizacyjnej. Ta wielka różnica, którą chłopiec wyczuł już przy pierwszym, przypadkowym spotkaniu z magazynem. Różnica, która powodowała, że chłopiec wstydził się za szare pudełko i która kazała mu omijać ten sklep na drodze do mekki matematyki. Bo gdzieś tam był wielki świat, świat gier, pakowanych w kolorowe pudełka, z instrukcjami, drukowanymi na kredowym papierze i sklepów, których półki uginały się pod ciężarem tych dóbr. I chłopiec bardzo chciał, i starał się, stać częścią tego świata.

To, czego chłopiec nie potrafił wtedy nazwać, dziś wie mężczyzna. I dziwi się, skąd chłopiec, któremu nikt, nigdy nie wytłumaczył, bo prawo zrobiło to później i niedoskonale, że tak należy, że to przyzwoite, higieniczne dla sumienia i rozsądku, estetyczne i prawdziwe. I dziwi się tym, którzy idą nie tyle na skróty, tylko w poprzek tej prostej, zagradzając, tamując, hałasując, biegając bez ładu i składu i drąc się wniebogłosy: "bo ja, bo oni, bo wy". Dziwi się, bo wie, że nic nie przychodzi z łatwością. Zawsze będzie ten tunel złowrogich kamienic wokół, i dziurawy chodnik, i gały łypiące z cienia, i ten złośliwiec, który przyszedł pierwszy, co zobaczył i wziął. Że zawsze będą interesy, biznesy, wymiany- dziś jego, mężczyzny czas za tamtego pieniądz. Zawsze będzie ta różnica.