wtorek, 23 czerwca 2009

Monster Hunter Freedom Unite- hands on!

Przykurzył się nam kącik ponownie, ale szczerze mówiąc, nie było większej okazji, aby o czymś ciekawym poskrobać. I tak- pamiętam o E3. Chodzi mi o rzeczy, w które pykałem, a nie było ich zbyt wiele. Ot, FF7 i to wszystko. Oczywiście, notorycznie z Beijingjoan napinamy w GoW 2 a z Simsonem w Monster Huntera. O, właśnie!

Dzięki Michałowi "Elektrycznemu" Nowakowskiemu, który napomknął słówko o mojej fascynacji MH Herr Michaelowi Auerowi( Michał, Michałowi zrobił przyjemność, dzięki Michałowi- solidarność Michałów świata nie zna granic), szefującemu niemieckiemu oddziałowi Capcom, dziś oberwałem paczką prosto zza zachodniej granicy i przetestowałem nową odsłonę najlepszej serii, dostępnej na PSP. Oczywiście, MH to temat, z którego każdą częścią trzeba spędzić około pół roku, aby załapać subtelne różnice pomiędzy odsłonami, jednak w tym przypadku są one widoczne na pierwszy rzut oka, więc na szybko mogę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami.

Każdy łowca wie, jak upierdliwe było kombinowanie przedmiotów, korzystając ze starych wersji MH- wyciągnij itemy i księgi z pudła, miksuj, włóż, wyciągnij, miksuj, auaaaaa. Teraz kombinować można bezpośrednio w pudle. Szybko, bezstresowo, przyjemnie. Pudło wydaje także przedmioty na odległość, w czasie gadek z kotami w kuchni lub korzystania z serwisu BBQ. Koniec biegania w tę i z powrotem, bo kotu zachciało się żab. Nareszcie!

Wraz z kopią gry dostałem moją nową, szczęśliwą koszulkę. Oczywiście, będę ją ubierał tylko na polowanko w towarzystwie kolegi Maćka.

Obok szefowej wioski pojawiła się " szefowa kotowa" - kolejne questy. Po opisach wnioskuję, że uberhardcorowe. Jeśli ktoś (np. ja) ma problem z Double Rajangiem w solowych misjach, zlecanych przez wioskę, będzie prawdopodobnie gryzł ściany na tych wycieczkach. Hip, hip, hura! Gildia również nie przebacza. Myślałeś, że jesteś mofo, skończyłeś wszystkie wyprawy na HR6? Przywitaj G- rankowe wycieczki, które każą tobie na nowo zdefiniować pojęcie skilla. Prócz tego nowość. Wycieczki, w czasie których pokonanego moba, zastępuje kolejny, a z obrabiania truchła zamiast standardowych łusek, kłów i szponów, wyskakują przedmioty typu pułapki, poty itp. Wszystko, co pomaga łowcy w przeżyciu. Po wykonaniu takiego zadania, prócz standardowych nagród, dostajesz te przedmioty, które wydziobałeś z moba( a które zostały w czasie wycieczki zamienione właśnie w te poty itp.). Czyli trud zostaje wynagrodzony. Wydaje się, że jest to w miarę dobry sposób na zdobycie dużej ilości materiałów na zbroję i broń. Oczywiście, jeśli uda się taką wycieczkę przeżyć, gdyż z takiego questu nie ma już ucieczki. Kocie bilety w tym przypadku nie działają! Musisz rezać, aż czas się skończy- 50 minut uberdupermasakry- to, co łowcy kochają najbardziej!

No i najważniejsza zmiana- koci towarzysz. Tutaj oklaski dla Capcom i ogólnie kolanka. Solowe wycieczki nabierają nowego wymiaru. Dawniej, prócz znoju, potu i krwi towarzyszyła łowcy tylko samotność( sic!). Od teraz, na spacerki po smoczych łbach zabierasz kociego ziomka. Ok, ale to znamy z dema i licznych zapowiedzi, jednak Capcom nie byłby sobą gdyby nie wpompował w ten element głębi w stylu Rowu Mariańskiego. Kot, jaki jest każdy widzi? Nic z tego.

Pudełeczko( czyli tzw. fuckshot- copyright by drinki w Końcu Świata, Toruń:)

W swojej " stajni" możesz trzymać do dziesięciu pchlarzy, z czego trzech jest aktywnych- z nich wybierasz jednego, który będzie tobie towarzyszył. Pozostałej dwójce, oczywiście, nie możesz pozwolić na nudę, więc zlecasz im różnorakie ćwiczenia, podnoszące elementy statystyk. To, co teraz dzieje się w kuchni to istne szaleństwo. Pięciu kocich kucharzy, trzech kocich towarzyszy, plus stadko pisklaków( w tym jeden wciąż ze skorupką na głowie, heh)- istny chaos! Do obsługi całego kociego towarzystwa masz specjalną tabliczkę, tam dobierasz skład na wycieczkę, zlecasz ćwiczenia, wybierasz zbroję, zwalniasz, zatrudniasz kota, lub zamieniasz go w kucharza. Możesz również pozwolić ferajnie na leniuchowanie, wtedy szybciej rośnie przywiązanie kota do łowcy( choć podstawą w tym wypadku jest częste zabieranie sierściucha na wycieczkę). Plotka w grze mówi także, że kiedy łowca odwiedza np. farmę, kociaki udają się w tajne miejsce, gdzie nadal ćwiczą, budując statsy!

Każdy kot to unikalna bestia. Prócz standardowych statystyk w rodzaju atak/ obrona/ ulubiony styl walki( należy pamiętać, że kotu, który lubi bombardować moby beczkami z prochem nie powinniśmy zlecać ćwiczeń, które trenują jego "element attack", gdyż nic to nie da!), zwierzak wyróżnia się również unikalną osobowością. Zdarzają się zwykli tchórze, lub... pacyfiści. Wychodzi na to, że w tej odsłonie MH, prócz odpowiedniego doboru ekwipunku oraz przedmiotów, należy zadbać także o to, aby wziąć ze sobą na wycieczkę także odpowiedniego pchlarza! Można zapomnieć o standardowym kwadransie na przygotowania, ha!

Zabierając kota na wycieczkę, budujemy jego skilla oraz przywiązanie do łowcy. Sprawa jest prosta, im częściej dany kot będzie nam towarzyszył, tym większą miłością nas obdarzy i lepszego skilla złapie. Z przywiązaniem łączy się jeszcze jedna ciekawa kwestia. Podczas online' owych wycieczek, możemy podzielić się z innym łowcą danymi naszego kociaka( bo np. mamy takiego ubermofo a kolega nie ma, a chciałby mieć). Odbywa się to na takiej samej zasadzie, jak przekazanie przedmiotu. Jednak! Podarowany kot( czy też jego klon, ponieważ oryginał pozostaje w naszym posiadaniu), nie czuje zbyt dużego szacunku do nowego właściciela, jego przywiązanie jest równe zeru, więc trzeba sporo się z takim nałazić( czytaj: namęczyć), zanim stanie się pełnoprawnym ziomkiem. Czy też raczej, ty- łowca- staniesz się pełnoprawnym ziomkiem kota.



Uf! A propo' pchlarzy to na razie tyle. Co jeszcze? Dwie nowe miejscówki na farmie, ukryte pod ?????, ale dam sobie lewą rękę uciąć, że są to:
- nowa miejscówka do kucia skały i zdobywania kryształów, rudy, kamieni itp.
- nowy krzaczek do łapania robali.

Graficznie i dźwiękowo nic się nie zmieniło, ale to już było jasne po zapowiedziach i demie. Pod tymi względami nowa jakość w serii pojawi się dopiero na Wii wraz z MHtri. I tak przy okazji, Capcom co prawda nie pracuje teraz nad wersjami " trójki" na inne platformy, ale dam sobie prawą rękę uciąć, że za rok, półtora nowy Monster Hunter pojawi się do zassania z PSN. Jest sens wydawać tysiaka na konsolkę, której struktura sieciowa jest tak po piździe, że szkoda gadać? A gadać można tylko przez gównianego Wiispeaka, który jest jeszcze bardziej po piździe, niż struktura sieciowa? Chyba nie. MH to przede wszystkim kooperacja i komunikacja, Wii tego nie zapewnia. Pozostaje lobbować u Buddy, aby sprzedaż nadchodzącej odsłony na wierdgena była co najwyżej średnia( wiem, wiem, słabe, ale co na to poradzę...), co przyspieszy rozpoczęcie prac nad wersją dla PS3. I kto wie, może nawet na X360?

P. S. Dziś moje ostatnie z Simsonem polowanie w MHF2. Może w końcu uda nam się ujebać tego cholernego Rathalosa( HR5), bo ostatnim razem robił nam taką krzywdę, że tylko się załamać. Co śmieszniejsze, tę wycieczkę z Gildii odrobiłem solo jakiś czas temu. Hmmm...

P. S. 2 Capcom stara się, jak może zbudować na zachodzie MH Community, czego przykładem jest np. ta stronka. Ciekawyś świata MH i bestii go zamieszkujących? Uderzaj pod ten adres!

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kosmiczni najeźdźcy

Ostatni z felietonów, opublikowanych w Engarde.

"Oni są szarzy."- prostował bodajże Mulder w serialu Archiwum X rewelacje nieświadomych prawdziwego koloru skóry kosmitów. Mogą być też czerwoni lub różowi, jak landrynka, dlatego wszelkie sondy, łaziki/ robociki i inny złom, wysyłany na Marsa nie przyuważyły jeszcze ufoka. Choć pewnie skakali, jak Tygrysek( czy też Boyle na rozdaniu Oskarów) i desperacko machali członkami tuż przed obiektywem lądownika. "Hej, hej, heloł!"- krzyczał landrynkowy ufok, fikając koziołki na tle marsjańskich skał, na którym to tle rozpłynął się, jak słuchaczka toruńskiej rozgłośni po kazaniu ojca dyrektora.

Według mnie ufok to rozpikselowane, wraże stworki, atakujące grupowo i falami. Kolor jest nieistotny, było ich wiele( początkowo tylko biel plus czerwień jednostki dowodzącej, reszta tęczy dołączyła później). Po raz pierwszy pojawiły się w Japonii, w 1978 roku, którą zniszczyły doszczętnie, przynosząc kolaborantom setki milionów dolarów czystego zysku i tworząc deficyt monet 100- jenowych, bo nie każdy był przyjacielem obcych i miliony skośnookich braci płaciły akurat tym bilonem, aby ufoka powstrzymać. Krótko potem rozpikselowane dranie objeły w posiadanie cały świat, który mógł co najwyżej zakwilić, patrząc jak kolejne bazy oporu znikają pod wpływem ostrzału miarowo schodzących z nieba jednostek. Sam spotkałem się z nimi, mając lat około ośmiu, gdzieś nad naszym słońcem smaganym( ale tylko dwa dni w roku) Bałtykiem. Zaatakowały błyskwicznie, bezlitośnie i ukradły całą moją kasę. Mimo tego stałem się ich oddanym wiernym. Syndrom sztokholmski? Infekcja od lat postępuje w tempie geometrycznym, żadne z urządzeń elektronicznych, obecnych w twoim, czytelniku, domu nie jest bezpieczne( może, prócz lodówki a i to do czasu). Ostatnia ofiara- PSP, poddała się dramatycznie szybko, wkrótce to samo czeka X360. Jak tu się bronić, jako człowiek grający(homo gamer)?


Nasz glob oddaje im hołd od lat, szczególnie artyści mediów wszelkich, te nałożnice koniunktury: filmowcy, malarze, grafficiarze, pisarze, instalatorzy video(sic!). Brzechwa pisał wierszyki, chwalące stalinizm( tak na marginesie- who cares?), więc nie dziwota, że Douglas Edric Stanley wystawia instalację na cześć najeźdzcy podczas Games Convention w Lipsku w 2008 roku i udaje, że ta ma przekaz inny, niż gloryfikację rozpikselowanych stworów i ich władzy nad Ziemią. Anonimowi podwórkowi malarze uwieczniają ufoki na murach miast całego świata. Hong Kong, Barcelona, Paryż, Nowy Jork, jeśliś czujny- wypatrzysz tam kosmitę na murze, cegle, ścianie. Są tam, obserwują, łypią okiem/ pikselem i wiedzą o tobie więcej, niż twoja matka! Nikt nie jest bezpieczny, ratuj się kto może, uciekaj do schronu! Och, schron zaadaptowano na pub... Co za pech.

Nie potrzeba specjalnych okularów, jak w klasycznym filmie Carpentera "They live" z 1988 roku, aby ujrzeć ich prawdziwe oblicze. Ich wyznawcy manifestują swoje poddaństwo, fenomen sam w sobie, nosząc odpowiednie koszulki, torby i buty. Jesteśmy oswajani z przykrą rzeczywistością bycia podbitą społecznością w najprostszy sposób- poprzez popkulturę. W najnowszym teledysku norweskiej grupy Royksopp jak na dłoni widać, iż opór jest bezcelowy. Łom, którym można ocalić świat( wiemy o tym najlepiej) zda się na nic w tym przypadku, bezpieczniej jest schować go pod fotel. O ile jeszcze 10 lat temu ktoś mógł czuć się bezpieczny, tak teraz, w erze globalnego wzoru zachowania i smaku, musimy bez wyjątku akceptować ich wszędobylską obecność. Tak, żeby jakoś żyć trzeba być uległym. Nie będę wyjątkiem. Kochane Taito, dziękuję za "Space Inavders".

W końcu zasnę bez strachu.

środa, 22 kwietnia 2009

Nie pracuje dla mnie

Drugi z trzech felietonów, opublikowanych na łamach Engarde( R. I. P.).

W moim malutkim domku, konsol bez liku pod tiwi. Bo handheldy też tam leżą. Opakowany w plastikowe, czasem poorane etui, spoczywa na górnej półce mój ulubiony pendrive( acz nie tylko, nie tylko), czyli PSP. Obok, dziewiczo biały NDS lajcik, skalany tylko dwoma grami i szczyptą kurzu. Za nimi tackę czytnika dumnie pręży potwór XO a gdzieś w kąciku, zapomniane( choć tylko ono tak sądzi) żółciutkie pisklę, Game Boy Color z od lat wciśniętym w wybrzuszony, niemowlęcy slot kartem datowanym na 1989 rok. A na nim oczywiście Tetris. Bardzo cenię sobie obecność tych zabawek w moim malutkim domku, napełniają go piskiem, plumkaniem i pimpaniem. Sprawiają, że nigdy nie jestem sam. Jednak najbardziej raduje mnie obecność maszyny, o której nie wspomniałem. Obłej, przez co przyjaznej dotykowi nowej konsoli Sony. A moja radość z jej posiadania rośnie z każdą informacją na temat ogarniającego świat kryzysu gospodarczego. Bo nie ma na rynku sprzętu do grania, który byłby bardziej przyjazny użytkownikowi w tych ciężkich czasach.

Zawód mój, traktowany przez ogół społeczeństwa na równi ze zbieraniem znaczków, które jest tylko hobby, wymaga pewnej dozy skupienia, w czym oczywiście pomaga cisza. Ta w rodzaju po kryjomu grającego radyjka lub telewizora w tle, czyli niekompletna. Cisza kompletna niepokoi mnie na równi z odgłosami strzałów zza ściany, znaczy- nie cenię sobie. Playstation 3 jest bardzo cichutka. Cichutko sobie stoi, nie wadząc uchu choćby szmerkiem. Nie włączana, bywa, że tygodniami, przez co jakby jeszcze cichsza, na wpół martwa. Tylko nocą, jej obudowa potrafi wydać z siebie nikły jęk, podczas gwałtownej zmiany temperatury w pomieszczeniu, związanej z jego wietrzeniem. Obudowa wydaje jęk a mi się wydaje, że i za ten jęk konsola przeprasza. Za te setne sekund urwane z kilku godzin snu. A ja wybaczam.

Stoi sobie i oszczędza. Dla mnie oszczędza, jak lokata w banku. Oszczędza podwójnie bo i czas, czyli pieniądz i energię, czyli pieniądz. Rzecz dość istotną w dzisiejszych, trudnych warunkach gospodarczych. Oszczędza środowisko, bo te ucierpiało tylko podczas produkcji urządzenia. Teraz stojąc sobie cichutko, konsolka środowisku nie wadzi. Co więcej, zarabia dla mnie, bo dzięki oszczędzaniu czasu, mam go więcej na rysunek, na którym w końcu zarabiam. Te cechy nie dotyczą pozostałych sprzętów. Egoistycznych, skomplikowanych układów, pozamykanych w formach, które proszą o karmienie nowymi, wychodzącymi lawinowo grami. Nieszczerze kuszącymi minutami zabawy, które zamieniają się w stracone godziny, dni, tygodnie. Nawet to niewinne, żółciutkie pisklę potrafi raz na jakiś czas odwrócić moją uwagę od tego, co zamierzałem, lub musiałem zrobić i niech będzie to pisklę przez to przeklęte na wieki!

Playstation 3 jest inne, nie łasi się, nie obiecuje. Nie pracuje, to prawda, ale nie pracuje specjalnie dla mnie. Mocarna, choć skromna, ma nade mną przewagę a jednak jej nie wykorzystuje. Cichutko stoi na półeczce, czekając na choć jedno łaskawe spojrzenie swojego właściciela. Ten od czasu do czasu delikatnie przeciera ją z drobinek kurzu i gładzi obłą obudowę, tak przyjemną w dotyku, dziękując w myślach za to, że po prostu jest.

I oby Killzone 2 tego nie schrzanił!

niedziela, 19 kwietnia 2009

Jestem zadowolony

Jak już pewnie niektórzy wiedzą, magazyn Engarde przestał istnieć, szósty numer nie ujrzy światła dziennego. Na łamach magazynu opublikowałem trzy strony komiksu Bears of War i tyleż samo felietonów. Poniżej pierwszy z nich.

Jestem zadowolony. Jestem rozpostartym w dużym wygodnym fotelisku koleżką z przyklejonym na twarzy i na stałe, niczym nie zmąconym pyszałkowatym uśmiechem. Bo mam powody, aby być zadowolonym. Moja ulubiona branża, dostarczająca masom rozrywki zatoczyła swoiste, historyczne kółeczko i znów mam szansę pograć w gatunki, które- wydawało się- wymarły, przygniecione ciężarem konsolowego wyścigu zbrojeń. Tak hardware' owego jak i software' owego. Staroszkolne strzelaniny "na dwie gały" czy dwuwymiarowe przygodowe zręcznościówki ponownie zachwycają pomysłowością, ręcznie rysowaną grafiką czy staroszkolnymi rozwiązaniami. Tym razem na nówkach maszynach, w HD i z przestrzennym dźwiękiem.

Gatunki, o których wspomniałem, jak i klasyczne przygodówki typu point' n' click przez długie lata funkcjonowały na obrzeżach głównego nurtu. Kursowały opakowane w ROMy, odpalane na emulatorach starożytnych systemów czy kusiły pracowników biur w darmowych, flashowych wersjach. Ani jeden, ani drugi sposób obcowania z klasyką lub grami do niej nawiązującymi nie przemówił do mnie na tyle, abym zainwestował swój czas, jedyny kapitał jaki posiadam, aby zainteresować się tematem. Raz- nie lubię szperać na szemranych stronach. Dwa- nie jestem pracownikiem biura. Trzy- to wszycho na PC.

Sytuacja zmieniła się dla mnie diametralnie wraz z premierą X360 i pierwszymi grami, kupionymi w e(jak " elektryk" ) dystrybucji z Live! Arcade. Krótko napiszę. Przy Mutant Storm Reload, klasycznej do bólu strzelaninie, bez fabuły, gigabajtów efektów i innych pierdół, nad którymi siedzą tęgie mózgi wysokobudżetowych produkcji, spędziłem blisko dwa miesiące czasu niemal codziennie uruchamiając na nowo neuronowe połączenia, które wygasły lata temu, a które odpowiadały za ogarnięcie totalnego i w sumie dość pozornego chaosu, dziejącego się na ekranie. Za refleks w jego najczystszej postaci. I nic więcej. Tego typu shooterów ukazała się potem cała masa ze Super Stardust HD ( PS Store) , jako wisienką na torcie. I, moim skromnym zdaniem, najlepszą grą na PS3, jaka się do tej pory ukazała. Sony zresztą poszło jeszcze bardziej do przodu, wypuszczając w e - dystrybucji tytuły, które spokojnie mogłyby wylądować na półkach: WipEout HD czy Ratchet & Clank: Quest for Booty. Microsoft zrewanżował się Castle Crashers i Braid. Te dwa ostatnie tytuły są niczym mantra przywoływane w każdej dyskusji na temat elektronicznej dystrybucji oraz małych, niezależnych teamów developerskich. Nagle okazało się, że można w dwie, trzy osoby i bez milionów stworzyć grę, która sprzeda się w milionach. Dystrybuować ją, pomijając wydawcę, uderzając bezpośrednio do sklepu: Xbox Live! Arcade, Playstation Store czy AppStore ( iPhone i iPod Touch weszły dość mocno do gry, wsparte tym kanałem dystrybucji).

A wiadomo, że w małym zespole najłatwiej stworzyć grę klasyczną w założeniach. Dodajmy do tego modę na retro granie, średnią wieku przeciętnego gracza, doskonale pamiętającego na czym i z czym zaczynał oraz upowszechnienie się stałego łącza o dużej przepustowości. Ten cudowny koktajl Mołotowa jest odpowiedzialny za istną eksplozję, nowy Big Bang w mojej ulubionej branży, dostarczającej masom rozrywki i spowodował, że mogłem z czystym sumieniem napisać, że jestem zadowolony. Ponieważ bardzo rzadko zdarza mi się wrócić do dzieciństwa w tak przyjemny i bezbolesny sposób. I w HD.

środa, 8 kwietnia 2009

Prince of Persia- raz jeszcze (X360)

Ponoć tylko wielkich ludzi stać na przyznanie się do błędu. Ok, więc jestem wielki. Ponoć tylko prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym, jak kończą rzecz, nie zaczynają. Ok, więc jestem prawdziwym i wielkim mężczyzną.

Bullshit!

Jestem żałosnym, niecierpliwym kundlem, który musi odszczekać swoje parszywe słowa sprzed kilku miesięcy na temat ostatniego Prince of Persia. Zaczęło się od tego, że zepsuł mnie się telewizor i nie mam kasy, aby go naprawić. Żegnaj telewizjo HD i duży displayu, na którym można bez problemu grać w bandzie na splicie( np. w Halo 3). Szczęście w nieszczęściu, że mój płaskacz od kompa nadaje na tych samych falach, co XO. Brak kasy to także brak nowych szpilek i nie chodzi o buty. Nie można grać non stopa w "girsy", bo niby co aktualka, to poprawiają ten matchmaking, ale zdarzają się jeszcze momenty, że choć nawilżę to i tak nie wchodzi, więc aby uniknąć większych frustracji odpaliłem ponownie PoPa.


Powszechnie wiadomo, że nowa odsłona Księcia to kilkugodzinny maraton QTE, co gra się sam i co jest prawdą nie do końca, bo od święta zręcznością jednak trzeba się wykazać. Akurat ten aspekt gry przypadł mi do gustu, bo mam coraz mniej czasu, aby nadwyrężać nadgarstki, więc ułatwioną bieganinę po ścianach przywitałem z otwartymi ręcamy. Daleko tej odsłonie do hardcore'u poprzedniej trylogii z poprzedniej generacji, ale Ubi chciało do konsol i Księcia przyciągnąć mniej zręcznych graczy i pewnie też sięgnąć do portfela tzw. kałżala. Czy się udało- nie mam pojęcia. Nie wiem, jak gra się sprzedała, ale pamiętam, że pierwszy PoP poprzedniej serii również zbierał różne opinie i finansowo był jakiś taki niepewny*.


Wpieniała mnie natomiast monotonia i schematyczność rozgrywki. Mamy chory światek( skorumpowany, heh), wbijamy się raz, dwa( czy raczej hop, siup) w przyczynę choróbska, tłuczemy bossa, uzdrawiamy światek, zbieramy światełka, po czym heca zaczyna się do nowa- mamy chory światek, wbijamy się raz, dwa w przyczynę... Gra wylądowała w pudełku. Widocznie czekała na czas, kiedy nie będę miał szmalu na nowe gierki i naprawę tivika, na którym rypię Locustów.


Pisząc poprzednio o PoPie zapomniałem wspomnieć o, jak się okazało, najważniejszej rzeczy w nowym Księciu. O jego towarzyszce w przygodzie, partnerce i koniec, końców miłości- o Elice. Te kilka godzin, które spędziłem wtedy z grą, nie pozwoliło mi na bliższe jej poznanie i zauważenie rodzących się, coraz cieplejszych relacji pomiędzy bohaterami. Teraz łapałem się na tym, że wyczekiwałem każdego momentu, kiedy będę mógł zamienić z nią kilka dłuższych zdań a te następowały zazwyczaj po uleczeniu danego fragmentu królestwa. Przerzucanie się drobnymi złośliwościami( zazwyczaj ze strony Księcia), próby oczarowania partnera/ partnerki( zazwyczaj ze strony Księcia) rozpisane są naprawdę nieźle i epitet ten dotyczy także budowania charakterów postaci. To ten element gry- chęć lepszego poznania Księżniczki a w rezultacie lepszego poznania Księcia, motywów ich postępowania, marzeń i targających bohaterami emocji- nagle zdeterminował mnie do ukończenia tej przygody a jej finał obudził we mnie uczucia, o które siebie nie podejrzewałem. Nie będę zasadzał spoilerów, ale nie chciałem kończyć tej przygody, nie w taki sposób, ponieważ nie akceptowałem wyboru Księcia, choć rozumiałem, że jego natura nie pozwala mu postąpić inaczej. Troszkę zabrakło mi w tym momencie wolnej ręki, wybór został narzucony odgórnie przez twórców gry i złożony na ołtarzu "ciągu dalszego" i troszkę szkoda...


Z tej lekcji płynie ważny komunikat i radzę go dobrze zapamiętać czytelnikom Double Jumpa- gry należy kończyć. Przynajmniej te dobre gry. Nowy Prince of Persia okazał się cholernie dobrą grą. Jeśli czujecie pod skórą, że gra ma jednak do zaoferowania coś więcej, niż początkowe hop, siup razy 24, że za całością stoi jakiś większy zamysł, dajcie grze szansę. Okazuje się, że warto.


Tymczasem mój dramat trwa. Znajduję się w stanie całkowitej euforii po ograniu PoPa, szukam ostatnich światełek a tymczasem w czeluściach sieci czeka Epilog do zakupienia i zassania. Plik stoi po 800 MSP a na moim koncie Live! od wielu tygodni widnieje dramatyczna suma 760 MSP. 40 punkcików klasycznie brak. Rwę włosy z głowy, brody i jajek! Czas sprzedać nerkę.



*Nie to, żebym przywiązywał jakąś większą wagę do liczby sprzedanych kopii gry, którą polubiłem, ale warto wiedzieć, czy ma ona szansę na kontynuację. Prawda?